Monday, May 18, 2015

Jako osoba "z zewnątrz", odnoszę się sceptycznie do rzeczy, które w moim mniemaniu są przeznaczone dla dzieciaków.
Przyznam szczerze, miałam problem z akceptacją i zrozumeniem, tych "innych rzeczy". Mówi się, o tym, że wszyscy jestemy tacy sami, z krwi i kości. Zgadzam się! Ale przychodzi mi do głowy moja praca magisterska o "różnicach kulturowych w biznesie" i to, z jaką łatwością o tych różnichach można było napisać ponad 100 stron. Cóż, teraz doświadczam na własnej skórze to, co przelewałam kiedyś (parafrazując bezmyślnie) na kartki. Dopiero teraz jestem w stanie opisać, jak to jest odczuwać "różnice kulturowe", radzić sobie z nimi, tłumaczyć je na znany sobie tylko sposób. (ponieważ jest to mój ulubiony temat i mogę się tutaj wyprodukować na kolejne 100 stron, może po prostu przejdę do.... Hello Kitty)


A zatem: wiem już, że po roku, po dziesięciu latach nie zrozumiem pewnych zachowań, naturalnych dla mieskzańców cudnej wyspy - Tajwanu. I nie chcę tych zachowań rozumieć, chcę je po prostu zaakceptować (to mi wystarczy). Jestem ze Wszchodniej Europy, tam spędziłam 25 lat i to ćwierćwieczne doświadczenie niodwracalnie wbiło się w mój mózg. Więc, kiedy słyszę:
- ojej, jaka jesteś słodka (puszczam to mimo uszu albo konwertuję na wschodnioeuropejski język i słyszę "super, nieźle")
- ale masz ładną bluzkę (tłumaczenie "nigdy, takiej tutaj nie widziałam, ale dobrze ci w niej!")
- ale jesteś piękna! Czy możemy zrobić z Tobą zdjęcie? (tego nie tłumaczę i nie konwertuję, po prostu pozuję do zdjęcia - sugestia męża, żeby nie zaprzecać i nie mówić czegoś w stylu, "ależ Ty też przecież jesteś ładna........")
- wow, te ciuchy świetnie na Tobie leżą, gdzie je kupiłaś? ( tłumaczenie "fajnie, że udało Ci się znaleźć coś, co wejdzie na twoją dziwną, wielkopupiastą figurę, to gdzie to kupiłaś? Bo chyba nie na Tajwanie")
Kiedy mówię o tym moim znajomym - Tajwańczykom, śmieją się ze mnie. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No i dalej nazywają mnie "słodką" :D
Jest masa innych przykładów, i po woli tworzę swój włąsny słownik językowo-kulturowy.

Ach więc Hello Kitty! Przysięgam, jak będę miała córeczkę, to będę ją ubierać z Spongebob-y, Hello-Kitty, Elsę i inne kochane rzeczy. Tak samo, jak synusiowi będę kupować ciuszki w ciuchcię Thomas-a, Cars-y, czy T-shirty z transformers-ami, ALE SIEBIE? Co, czemu? Że niby ja mam włożyć koszulkę z kotem? Żeby ta wiekla głowa jeszcze bardziej rodzciągnęła się na mojej klatce piersiowej? Nie, nie, mnie to nawet nie będzie pasować! Mój mąż sam mi zabrania kupować jakiekolwiek ciuchy z Myszką Miki, Sponge Bob-em i czymkolwiek narysowanym. Stwierdził, iż wyglądałabym w tym jak dziwoląg. Pewnie ma rację.


Zostaje mi tylko akceptacja stylu tutejszych mieskzanek, nie koniecznie podążanie za tym stylem. A i owszem, Hello Kitty jest słodka. Mam grono koleżanek, które tę postać uwielbiają. Mają ubrania, biżuterię, inne gadżety w Hello Kitty. I mówię szczerze: Pasuje im to! I wiem, że gdyby w tym outficie pojechały do Polski, na Ukrainę czy gdziekolwiek... dalej by im to pasowało! Dalej wyglądały by cudnie.


Kiedy sama próbuję na siebie wcisnąć coś z rysunkiem, znajomi z moim mężem na czele zawsze są na NIE. Och, Hello Kitty - nie możemy być razem! Z drugiej strony, na Tajwanie jest dużo kobiet ubranych elegancko. Noszą szpilki, kardigany wprawione w modne spódnice. Świetny, schludny, business-look. Więc, nie mogę powiedzieć, że trafiłam do "Kitty-landu" i nic poza tym tutaj nie ma. Po prostu ta postać stała się już legendą i jest przez mieszkańcó uwielbiana.


Czasami takie słodkie rzeczy mogą nawet cieszyć oko. A najlepsze jest to, że można je podziwiać z daleka, bez konieczności naśladowania. I W TYM TKWI CAŁY UROK! :)







Categories:

0 comments:

Post a Comment

Google+ Followers